Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
                                                      " Życie trzeba przeżyć, a nie przeczekać..."     


8 z 8




24.02


      Zwiedzania dalsza część, wraz z kąpielą w sztormowym Oceanie Spokojnym. Woda była tak zimna, że nasza kąpiel trwała ok. 15 sekund, ale kąpiel w oceanie można uznać za wykonaną;).





















25.02


      O 7:30 wsiedliśmy do autobusu do Santiago. Myśleliśmy, że to koniec naszych przygód - otóż nie. Siedząc sobie wygodnie w autobusie nawet nie myśleliśmy, że w Santiago mogą być inne dworce czy terminale autobusowe. W końcu jak podróżowaliśmy to zawsze odjeżdżaliśmy i przyjeżdżaliśmy na ten sam dworzec, dlatego myśleliśmy, że jest dworcem głównym. Okazało się inaczej. Wysadzono nas w innym miejscu, do odprawy lotniczej 3,5h. Nie mamy bagaży, nie znamy hiszpańskiego - jest źle! Wsiadamy do taksówki. Kierowca nie zna ani słowa po angielsku. Po 10 minutach dogadujemy się z nim żeby woził nas po wszystkich dworcach, bo nie wiedzieliśmy gdzie są nasze bagaże. W końcu trafiliśmy, odebraliśmy bagaże, ale teraz następne wyzwanie - jak się dostać na lotnisko. Chodzę i znowu szukam ludzi, którzy mówią po angielsku i jak na złość nie ma nikogo. Osoby wybieram po wyglądzie, dobrze ubrane i stosunkowo młode. Po kilkunastu próbach w końcu udaje się, mamy tłumacza. Znaleźliśmy autobus, ale najpierw taksiarz chciał nas zawieźć za 10000 peso Chilijskich, ale jakaś kobieta zaczęła coś do mnie mówić po hiszpańsku. Poprosiłem naszego tłumacza, żeby przetłumaczył mi to, co ona mówi. Okazało się, że powiedziała nam nr terminala, z którego jedzie autobus na "erporto" - bo właśnie to słowo usłyszała. Taksiarz był wściekły na nią, a my udaliśmy się za 4000 na lotnisko (i to z napiwkiem dla miłego kierowcy, który już odjeżdżał, ale poczekał na nas). Na lotnisku spotkaliśmy Michała, który wracał z nami. Musieliśmy się przepakować, żeby nie przekroczyć wagi bagażu, i w związku z tym trzeba było ubrać się dosyć grubo (ja nawet miałem w rękach skorupy, śpiwór i matę - bo już nie mieściło się to do plecaka).





Z Santiago wylecieliśmy planowo. 7 osób z naszej ekipy jeszcze tam pozostało (mieliśmy różne terminy wylotów).

26.02


      Ok. 7 rano dolecieliśmy do Madrytu, spotkaliśmy tam innych polaków (między innymi grupę, która leciała z nami z Warszawy do Madrytu).



Dzieliliśmy się razem wrażeniami. Okazało się, że nasz lot do Warszawy jest opóźniony o 2h. W końcu zaczęło się wejście na pokład i bez problemów dotarliśmy do Polski. Trzy osoby zakończyły swoją "przygodę".



Do domu dotarłem jednak dopiero przed północą.

27.02


      W gruncie rzeczy nasz wyjazd zakończył się dzień wcześniej, ale 7 osób pozostało w Chile i Argentynie, a to właśnie 27 lutego było trzęsienie ziemi w Chile. Od razu po tej informacji próbowałem się dodzwonić do reszty, ale bez skutku. Wszyscy byli "poza zasięgiem". Teraz już wiem, że nic się nikomu nie stało, ale wszyscy najedli się strachu.

      Celem naszej wyprawy było zdobycie szczytu Aconcagua i cel ten został zrealizowany w 80% (bo 8 z 10 osób stanęło na szczycie). Przygody "trzymały się nas" od początku (poród) do samego końca (bagaże/opóźnienia) i to dzięki nim wyprawa była "pikantna". Nie sądziliśmy, że 10 osób, które praktycznie poznały się przez Internet mogą być tak zgranym zespołem. Dobór ekipy okazał się strzałem w dziesiątkę, było wesoło, ale jak trzeba było maszerować lub coś załatwić to robiliśmy to, co stosowne bez zbędnego marudzenia. Każdemu żądnemu przygód polecam taką wyprawę, bo poza górami można zobaczyć kawałek świata i poznać naprawdę ciekawych ludzi (wystarczy znać angielski). Przykładowo poznając dwie dziewczyny z Izraela, dowiedzieliśmy się, że jest tam obowiązkowa służba wojskowa zarówno dla dziewcząt (2 lata) jak i chłopaków (3 lata). Spotykaliśmy dużo osób (anglojęzycznych), które były na "wyprawie" od kilku miesięcy i nawet dokładnie nie znali terminu jej zakończenia. Ludzie w Argentynie są uśmiechnięci, życzliwi i pogodni (a nie przelewa im się). Z chęcią można było iść do parku usiąść na ławce i obserwować ludzi, ich zachowanie jest całkiem inne niż polaków, którzy przeważnie marudzą i grymaszą. Kolejnym powodem, dlaczego było tam tak "świetnie" to to, że Polskę zostawiliśmy zasypaną śniegiem, a tam mieliśmy lato. 30 czy 40 stopni ciepła to było coś normalnego - a mieliśmy luty! Wszystkim żądnym wrażeń polecam taką wyprawę. W tym miejscu chciałbym podziękować moim sponsorom za wsparcie: Burmistrzowi Miasta Sanoka Wojciechowi Blecharczykowi, Zarządowi Banku PBS w Sanoku, Zarządowi Okręgowej Spółdzielni Mleczarskiej w Sanoku, Firmie El-bud Sanok, oraz Firmie do-met również z Sanoka. Do tego dochodzą podziękowania dla sponsorów sprzętowych: Firmy Stoor i Yeti. Bez pomocy tych instytucji i firm wyprawa mogłaby nie dojść do skutku. Pozdrawiam wszystkich czytających tą relację i zapraszam do przeglądania strony (oraz klikania w banery reklamowe). Być może kiedyś spotkamy się na szlaku. A tak na marginesie czekając na dworcu w Mendozie na autobus do Santiago spotkałem dziewczynę, która atakowała Elbrus tego samego dnia, co ja (pamiętała mnie) - jaki ten świat mały! Kończąc już, pokonałem ok. 27000km w 23 dni Wyprawa się skończyła, ale wspomnienia pozostaną na zawsze. POZDRAWIAM!

Jeśli podobało się kliknij




         

              




1   2   3   4   5   6   7   8  

Relacje (dział główny)





Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
Copyright 2009 www.lagozny.pl   Łagożny Łukasz