Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
                                                      " Życie trzeba przeżyć, a nie przeczekać..."     


4 z 8




13.02


      Jest trzynasty luty (to nie błąd jest trzynasty, a nie jedenasty), obudziłem się o 10:30 z piekącą twarzą i dużym pragnieniem (w zasadzie obudził mnie Żaba). Teraz kończy mi się gotować woda na herbatę o smaku pomarańczowym. Spoglądam w notatki. Ostatnio pisałem dziesiątego z obozu drugiego, a dzisiaj obudziłem się w Plaza de Mulas - czyli w Base Camp'ie. A więc po kolei, aby wypełnić brakującą lukę czasową. 10.02 Michał jednak nie doszedł ze swoim dwuosobowym marabutem, więc spaliśmy w dwójce Alpinusa w cztery osoby. Mieliśmy założenie z Grześkiem, że jeśli dojdzie Michał to zostawiamy rozbity namiot, a bierzemy Michała i idziemy do obozu trzeciego jeszcze tego samego dnia (czuliśmy się bardzo dobrze i nie chcieliśmy tracić czasu). Założyliśmy z Grześkiem, że jeśli Michał przyjdzie do 17 to idziemy tam i nocujemy, a kolejnego dnia atakujemy szczyt z Berlina (z trzeciego obozu). Sądzę, że byliśmy tak przygotowani (sądzę, że najlepiej z całej grupy), że mogliśmy podjąć się tego wyzwania. Poza tym "nasza Polka" powiedziała nam, że załamanie pogody ma nastąpić dwunastego po 16 (silny wiatr i chmury). Jednak Michał nie przyszedł i zostaliśmy na nocleg w dwójce.

11.02


      Wstaliśmy ok 8:30, śniadanie, topienie śniegu, pakowanie. Czekaliśmy jeszcze na kogoś z naszego zespołu, myśleliśmy, że może ktoś dojdzie do nas. Jednak nikogo nie było, zostawiliśmy więc depozyt między skałami w workach i wyruszyliśmy do Berlina (5900m n.p.m.).





Zdania na temat miejsca noclegu były podzielone, w Berlinie (400m wyżej) czy w Independencji (700m wyżej). Mieliśmy zdecydować w Berlinie. Do Berlina droga zajęła nam 2h i spotkaliśmy dwóch polaków. Doszliśmy z Grześkiem na początku i zdecydowaliśmy, że idziemy do obozu wyżej, ale tylko na 6000m, (jeśli dobrze pamiętam to było Piedras Negras). Berlin jest miejscem gorzej osłoniętym od wiatru i mniej czystym. Z Berlina potrzeba dosłownie 15 min., aby dojść do kolejnego obozu. Rozbiliśmy tam namiot, zaczęliśmy topić śnieg i czekaliśmy na Agę i Sebę. Jak Aga doszła powiedziała, że trzeba iść po Sebę, bo ostatni odcinek to wspinaczka w skałkach, a Seba był już dosyć zmęczony. Zaznaczam, że Seba radził sobie bardzo dobrze, tyle, że wykręcał mapowe czasy. Obok nas rozbita jest ekipa INKI - czyli dalej mamy gorące informacje. Dowiadujemy się, że dobra pogoda ma się utrzymać do 16-tej, i INKA wychodzi na atak o 5 rano. Decydujemy tak samo. Topienie śniegu i gotowanie wody schodzi bardzo długo (od 16 do 21 na dwa palniki).











Potrzebowaliśmy solidnie się nawodnić, zjeść i zrobić zapas na kolejny dzień. W nocy spało się okropnie, wydawało się, że namiot, który już był mały jeszcze niewiadomo jak zmniejszył się. Poprzedniej nocy mogliśmy spać na plecach każdy, a dzisiaj każdy na boku i było ciasno. Żeby odwrócić się na drugi bok trzeba było usiąść i później wkomponować się w małą szczelinkę między innymi.

12.02


      Spałem może 2h w nocy, do tego ten wiatr. Jak obudził mnie budzik o 4:15 bolała mnie głowa, pytam czy jeszcze kogoś boli, Grzesiek oznajmił, że jego też. Reszta była ok. Wzięliśmy po tabletce przeciwbólowej i ból minął po10-15 minutach. Sądzę, że po tej drzemce było to po prostu niedotlenienie, bo zauważyłem w nocy, że oddycha się ciężko, nie tak jak w domu swobodnie. Każdy oddech jest głęboki. Do momentu zaśnięcia nic mi nie było, a po tych dwóch godzinach od razu ból. Musiałem po prostu normalnie oddychać, (czyli tak jak się standardowo oddycha w domu). Seba mówił, że chyba w ogóle nie spał. Następnie przygotowania do wyjścia. Lekkie ubrania w namiocie, a na zewnątrz trzeb było dokończyć ubieranie się, bo w środku nie mieliśmy miejsca. Podczas ubierania butów, stuptutów, raków grabiały z zimna ręce, ale dwie pary rękawic szybko ogrzewały dłonie. Rękawice oczywiście związane sznurkiem i przełożone przez rękawy - tak jak noszą małe dzieci. Zgubienie rękawic w drodze może równać się obcięciu palców z odmrożenia, tak więc należy ich pilnować. Na twarzy założona maska polarowo-neoprenowa, czapka i kask. Korpus to 5 warstw: 2 razy koszula termoaktywna z długim rękawem, cienki polar, gruby polar i gore. Dół to 2 razy długie spodnie termoaktywne i spodnie ocieplane membranowe. Na nogach skorupy z grubymi skarpetami. Wszystkie wywietrzniki szczelnie zamknięte. Plecak też nie najlżejszy. Zabrałem kompas, GPS, gwizdek, dodatkowe rękawice, kilka par ogrzewaczy do stóp i rąk, botki do ewentualnego noclegu, apteczkę z dwoma foliami NRC, zapasowe baterie, światło chemiczne, zapasowe gogle, bukłak z 3 litrami wody, słodycze, ser, bakalie, repy, karabinki, krem i banery (najprawdopodobniej zapomniałem coś wymienić). Wyszliśmy o przewidzianej 5. Wcześniej podzieliliśmy się na dwa zespoły dwuosobowe: ja z Grześkiem i Aga z Sebą. Dobraliśmy się pod względem tempa, aby jak najmniej się męczyć, (bo czekanie na kogoś jest tak samo męczące jak "bieg" za kimś). Aga i Seba mieli trzymać się wolniejszego tempa INKI. Jest bardzo ciemno, mrok rozpraszają tylko pojedyncze światła czołówek wspinaczy. Myślę, że atakuje szczyt ok. 25 osób. Grześka mam cały czas w zasięgu wzroku. Po wschodzie słońca oglądam się za Agą i Sebą, ale nigdzie ich nie widać. Idę dalej.



Przy Indepenscii robię pierwszy dłuższy postój i okazuje się, że woda zamarza w izolowanym bukłaku. Batony, które miałem w kieszeniach zamarzły na kość. Myślałem, że bukłak mi nie zamarznie i termos pożyczyłem Grześkowi, który nie wziął swojego i nie miał nic na wodę - nie było to dobre rozwiązanie dla mnie. W obozie tym nie ma ani jednego namiotu. Stamtąd idzie się ostro pod górę w kierunku grani. Wychodzę na grań, wiatr praktycznie powala na kolana. 200m dalej widzę skałę, za którą można się schować i idę w jej kierunku, jest bardzo zimno. Docieram do skały, można się ogrzać i odpocząć. Stoję tam prawie pół godziny i zastanawiam się czy iść dalej, czy wracać. Widzę jak trzy osoby walczą na trawersie z wiatrem.



Decyduję się spróbować, chociaż kilka metrów. Okazuje się, że dam radę i próbuję przejść jeszcze kilka metrów. Jest tak zimno, że praktycznie nie czuję rąk. Zatrzymuję się, żeby wyciągnąć ogrzewacze chemiczne i wrzucić do rękawiczek, jednak nie mogę ich otworzyć, bo zgrabiały mi ręce i nie mogę utrzymać ogrzewacza kiedy staram się go rozerwać zębami. Dopiero rozgrzanie rąk w plecaku pomaga i mogę wrzucić ogrzewacze do rękawic - pomaga praktycznie od razu. Walczę dalej, nie poddam się tak łatwo strażnikowi. W oddali widać już skały gdzie można schować się przed wiatrem - to jest mój cel. Idzie się bardzo powoli, ale z każdym krokiem jestem coraz bliżej skał. W końcu dochodzę do nich, mogę odpocząć. Stamtąd wiedzie stroma droga pod górę, ale już nie wieje tak mocno jak wcześniej. Przed szczytem spotykam Grześka, który już wraca, na szczycie miał cały czas chmurę - brak jakiejkolwiek widoczności. Oddaje mi termos, do którego przelewam, a w zasadzie przesypuję zamarzniętą wodę (wygląda jak gęsta kasza). Chwilę rozmawiamy, życzymy sobie powodzenia i Grzesiek idzie na dół. Miałem jeszcze łyk letniej herbaty, nalałem do kubka odłożyłem na bok i wlałem "kaszę" do termosu, żeby wszystko mi nie zamarzło. Tu popełniłem błąd, bo po napełnieniu termosu zakręciłem go, a jak chciałem się napić to ta herbata już zamarzła. Pożułem batona, napiłem się wprost z bukłaka wody (cała rurka zamarznięta pomimo izolacji), zakręciłem kubek na termos i w drogę - pozostało mi jeszcze ok. 100m w linii prostej. Szczyt na wyciągnięcie ręki, ale droga bardzo się dłuży, idzie się ciężko i powoli.





O 11:38 czasu lokalnego staję na szczycie Aconcagua 6962m n.p.m. - pokonałem Kamiennego Strażnika, który nie poddał się bez walki! Na szczycie byłem sam. Na początku niebo było zachmurzone, ale później się przetarło i były piękne widoki.









Na szczycie w samotności spędziłem 30 min. bo czekałem na kogoś, kto zrobi mi zdjęcia. Przyszedł Australijczyk. Zrobiliśmy dobie nawzajem fotki, porozmawialiśmy i w drogę na dół - po 45 minutach pobytu na szczycie. Jak byłem na górze wyszło słońce i lekko uspokoił się wiatr - zrobiło się cieplej. Schodząc na dół spotkałem ekipę INKI i "nasza Polkę". Powiedziała mi, że Seba i Aga szli przez chwilę za nimi, ale później zostali w tyle. Na środku trawersu zobaczyłem Sebę i Agę z daleka. Od razu wiedziałem, że jest coś nie tak. Okazało się, że Seba stracił przytomność (tak później mówił, chodź nie był tego pewny) i spadł. Przekoziołkował ok. 100-150m. Aga zeszła do niego, ale na szczęście nic mu się nie stało. Jak doszedłem do nich to już byli na ścieżce, a Seba chciał iść dalej do góry. Widać było, że jest w szoku. Wziąłem od niego plecak i wszyscy poszliśmy na dół. Podczas drogi powrotnej do naszego namiotu ustaliłem sobie ze schodzę niżej, bo nie ma sensu żeby znowu nocować w 4 osoby w dwójce w dodatku z obolałym Sebą. Po 15 byłem w namiocie, a o 16:15 zacząłem schodzić na dół. Po godzinie byłem już w Nido de Condores, gdzie spotkałem Michała i Janka. Mieli niestety rozbitą tylko dwójkę. Powiedzieli, że w jedynce stoi pusta czwórka. Zabrałem swój depozyt i udałem się w dalszą drogę. Doszedłem do jedynki, odpocząłem, napiłem się i stwierdziłem, że nie ma sensu żebym tu nocował i jeszcze ma jutro być załamanie. Poza tym nie ma tutaj wody. Stwierdziłem, że idę do Base Camp'a. Ostatni odcinek drogi bardzo mi się dłużył. Miałem ciężki plecak i już dużo drogi w nogach - w sumie tego dnia pokonałem ponad 3500m w pionie. Raki, które odpiąłem, zaczepiłem do plecaka i swobodnie "dyndały". Podczas schodzenia piargiem pośliznąłem się i usiadłem z dość dużym impetem na raku, tak, że wbił mi się w tyłek - zobaczyłem wszystkie gwiazdy i zmobilizowało mnie to do szybszego schodzenia. W bazie byłem o 20:45. Po drodze spotkałem jeszcze Szuwara i Krzyśka, którzy szli spać do jedynki. W mułach został tylko Żaba.



Doszedłem na dół, porozmawiałem z nim, rozłożyłem matę w namiocie Ronca (był najmniej zagracony), wyciągnąłem śpiwór, napiłem się i zapadłem w upragniony sen. Obudziłem się właśnie trzynastego o 10:30.


1   2   3   4   5   6   7   8  

Relacje (dział główny)






Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
Copyright 2009 www.lagozny.pl   Łagożny Łukasz