Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
                                                      " Życie trzeba przeżyć, a nie przeczekać..."     


3 z 8




08.02


      Z namiotu wyszliśmy ok 9:30, jak już zaczęło świecić słońce na naszą dolinę. Zaraz po śniadaniu podszedł do nas mężczyzna i zaczął mówić po polsku, bo słyszał jak my mówimy. Przedstawił się... "Cześć nazywam się Ryszard Pawłowski". W kręgu wspinaczkowym nikomu nie trzeba przedstawiać tej postaci (nawiasem mówiąc jeden z najlepszych polskich himalaistów - trzykrotny zdobywca Mont Everestu). Po krótkiej rozmowie stwierdziłem, że jest to bardzo ciekawa i pozytywna postać. Około 11 poszliśmy na badania. Lekarz przebadał mnie i powiedział "very good". Saturacja 82%, ciśnienie 80/125. Pytam go czy jurto mogę zacząć wychodzić wyżej (zacząć akcję górską), a on na to, że już teraz mogę iść jak chcę z takimi wynikami. Ale mój plan był inny, dzisiaj aklimatyzacja na Boniete (ok 5050m n.p.m.) a jutro akcja. Ok. 13 wyszliśmy z Grześkiem na aklimatyzację. Przy podejściu pod ostrą stromiznę byliśmy świadkami kamienistej lawiny, na szczęście w bezpiecznej odległości od nas, ale wystraszyliśmy się. Ogólnie szło się dobrze do czasu trawersowania penitentów.



Podczas przejścia przez nie noga wpadła mi do lodowatej wody, która nalała mi się do buta. Stwierdziłem, że nie ma sensu iść dalej w przemoczonym bucie, schodzenie też nie wchodziło w grę (czy pójdę do góry czy na dół to i tak odparzę stopę, a wtedy zapewne nici z ataku szczytowego). Powiedziałem Grześkowi, żeby szedł sam, a ja zostaje suszyć buta, skarpetę i wkładkę. Wpadłem na pomysł żeby wybierać ciemne nagrzane kamienie. Wkładałem je do buta i skarpety, a po chwili wymieniałem na nowe. Tym sposobem w niecałą godzinę mogłem kontynuować marsz. Na szczyt doszedłem ok. 16. Było tam dwóch Argentyńczyków, jeden trochę mówił po angielsku. Zrobiliśmy sobie zdjęcia nawzajem i zacząłem schodzić na dół.





Do bazy doszedłem o 18, tam kolacja i plany na następny dzień. Doszedł do nas Krzysiek z Confluencji, który został tam na dodatkową noc, a Ronc zszedł na dół ze względu na słabe wyniki saturacji.

09.02


      Po obudzeniu się czułem się świetnie, nie bolała mnie głowa, która była "ciężka" poprzedniego dnia. W nocy nie wiało, nawet wychodziłem za potrzebą. Niebo było piękne, pierwszy raz widziałem tak czyste i przejrzyste niebo, widać było zarysy innych galaktyk - niesamowite widoki. Po śniadaniu zacząłem pakować rzeczy potrzebne na akcję - idziemy do obozu pierwszego, Plaza Canada (5080m n.p.m.). Przed wyjściem wysłaliśmy emaila, którego próbowaliśmy wysłać poprzedniego dnia. Koszt wysłania wiadomości to 10$. O 11:30 wyszedłem razem z Sebą, przed nami wyszedł Grzesiek. Szło się dosyć ciężko, bo było ciepło, a na nogach skorupy i ciężki plecak na plecach. Po chwili jednak rozkręciłem się i szło się całkiem wygodnie, tak, że można było wyprzedać inne ekipy. O 14:10 doszedłem do jedynki. Tam picie jedzenie i rozkładanie namiotów. Przed rozbiciem namiotu musiałem przygotować na niego miejsce. Po wyrównaniu terenu musiałem podejść po więcej kamieni niedaleko, a jak wracałem widzę... Muzułmanina, który rozłożył sobie kocyk na moim miejscu, wyciągnął jakieś kamyczki i zaczął się modlić. Trwało to ok. 30 min. Po jego modłach mogłem kontynuować.









Na aklimatyzacji byli w jedynce Michał, Janek, Szuwar i Żaba (zeszli spać na dół). Spotkaliśmy tam Polkę, która wykupiła "wycieczkę" w argentyńskiej profesjonalnej firmie INCA. Zdawała nam ona szczegółowe relacje z ich planów, zamierzeń i co najważniejsze pogody, co bardzo nam pomagało w podejmowaniu decyzji. Na wieczór syta kolacja, dużo picia i kimono, wiało jak zwykle dosyć ostro. Nocowaliśmy w jedynce w 4 osoby. Ja i Seba w namiocie dwuosobowym, a Grzesiek z Agą w namiocie czteroosobowym. Sebę w nocy bolała głowa i już ustalił sobie plan zejścia i dodatkowej aklimatyzacji, ale rano było wszystko ok.

10.02


      Rano na śniadanie szprot w pomidorach, do tego parówki, litr herbaty i wymarsz do dwójki - Nido de Condores (ok 5500m n.p.m.).



Po drodze zaczął się już śnieg i lód na trasie. Do dwójki wyszliśmy razem, z jednym namiotem - dwuosobowym. Gdy poprzedniego wieczora rozmawialiśmy z Michałem i powiedział nam, że przyniesie nam jeszcze jedną dwójkę do obozu drugiego i najprawdopodobniej będzie z nami spał. Piszę to (oczywiście na skrawku papieru) właśnie w obozie drugim. Czekamy na Michała, mamy rozbity namiot i gotujemy wodę.






1   2   3   4   5   6   7   8  

Relacje (dział główny)






Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
Copyright 2009 www.lagozny.pl   Łagożny Łukasz