Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
                                                      " Życie trzeba przeżyć, a nie przeczekać..."     


2 z 8




05.02


      Rano o 8 wyszliśmy z hostelu załatwiać pozwolenia na wejście do parku, bilety, gaz i prowiant. Najpierw wszyscy udaliśmy się po pozwolenia. Poszło szybko i sprawnie. Pozwolenia załatwia się w ok. 1h, a kosztuje to 1200 peso od osoby. Permit zawiera ubezpieczenie i badania lekarskie, do tego worki na śmieci i ... fekalia. Po tym podzieliliśmy się na 2 grupy. Jedna poszła na dworzec kupić bilety do Puente del Inca, a druga, w tym ja, po gaz. Wszyscy mieliśmy się spotkać na zakupach w Carrefour.







Znaleźliśmy bez problemu sklep sportowy - jest ich sporo, i kupiliśmy gaz. Cena porównywalna do polskiej. Kartusz 450g kosztował 45 pesos argentyńskich, czyli ok. 35 PLN. Udaliśmy się na zakupy jedzenia do supermarketu. Ceny zbliżone do polskich lub droższe. Nie ma tam żadnych konserw mięsnych i rybnych - poza tuńczykiem. Ale są kiełbasy i mięsa hermetycznie pakowane, parówki, sery, warzywa i owoce, które kupowaliśmy. Dotarła oczywiście ekipa od "biletów", wszyscy zrobiliśmy zakupy, zjedliśmy kurczaka praktycznie przed sklepem i w drogę po bagaże do hostelu. Na dworcu okazało się, że trzeba "zapłacić" za nadbagaż, i to nie mało, bo ok. 100PLN. Nie ma co ukrywać, że było sporo bagażu. Bez większych problemów dotarliśmy do Puente del Inca. Bez większych, bo na jednym z przystanków kierowca zaczął odjeżdżać bez jednego pasażera - jak przystało na polaków, to bez członka naszej ekipy. Ale skuteczne krzyki uświadomiły kierowcę, że kogoś brakuje. Gdy dojechaliśmy do Inca było ok. 18:30. Ja z Żabą poszliśmy załatwiać muły (Żaba był jedyną osoba mówiącą po hiszpańsku). Załatwiliśmy muły, do tego darmowy nocleg u mularza i transport do granic parku. Firma mularska, z której usług korzystaliśmy to Rudy Parra - www.lospuquios.com.ar - polecamy. W sumie zdaliśmy 210kg bagaży (zdawało 10 osób; my byliśmy tam w 8, ale wcześniej bagaż zdały dwie osoby, które przybyły tam wcześniej). Ja z Michałem zdaliśmy najmniej - po 12kg. Przy tej ilości, było taniej, i za 1kg płaciliśmy 2$.

06.02


      O 7 rano mularz zawiózł nas do granicy parku, gdzie musieliśmy poczekać na otworzenie do godz. 8.





Kobieta zapisała na w wielkiej księdze wyjść w góry i tak to oto zaczęła się część właściwa naszej wyprawy.



Nasz cel - baza Confluencja (3400m n.p.m.). Dotarliśmy tam dosyć szybko ok. 11:30 (Grześ, Aga, Krzyś i ja).



Po chwili doszła reszta i rozbiliśmy nasze namioty.





Po krótkim odpoczynku wyszliśmy na aklimatyzację. Dotarliśmy na wysokość 3800m, gdzie zostaliśmy prawie godzinę, po czym zeszliśmy na dół do bazy.













Po drodze znaleźliśmy muła ze złamaną nogą, który co prawda jeszcze stał o własnych siłach, ale nie wyglądał dobrze. Muły nie są tam dobrze traktowane przez swoich właścicieli i często jak "się popsują" są po prostu porzucane, o czym świadczą wszechobecne kości. Aga, należąca do „Straży dla zwierząt”, oczywiście musiała zrobić coś z tą sprawą. Poszła więc do strażników naświetlić im informację, po czym strażnicy zastrzelili muła. Na pewno było ta bardziej humanitarne niż pozostawienie go na pewną śmierć z wycieńczenia. Poszliśmy na badania lekarskie, (które lekarz wpisuje do permitu). Okazało się, że mam najlepszą saturację z grupy, (jupiii) 91% i książkowe ciśnienie. Jedna osoba nie przeszła "testu" i musiała iść do powtórki rano. Piękny zachód słońca oznajmił nam, że idzie noc. W nocy jednak bardzo mocno wiało. Momentami trzymałem rękę wyciągnięta nad sobą żebym nie dostał po twarzy. Wtedy przypomniało mi się powiedzenie „wieje jak w kieleckim”, które od razu zamieniałem na "wieje jak w Andach".

07.02


      Rano okazało się, że nie najlepiej czuje się jeszcze Krzysiek, który zdecydował, że zostanie jeszcze na jedną noc. Ok. 8 wyszliśmy więc w trójkę (Grześ, Aga i ja) w stronę Plaza de Mulas (4300m n.p.m.). Podczas wędrówki należy pamiętać, żeby nie przekraczać strumienia/rzeki, bo najpierw można go przeskoczyć z łatwością, a później trzeba się nagimnastykować, żeby nie zamoczyć butów. Ja z Agą popełniliśmy ten błąd, ale nie było źle.









Dotarłem do Mulas ok. 16, Grześ był pól godziny przede mną, a Aga pół godziny za mną. Rozbiliśmy namioty (ja niosłem jeden, Grzesiek drugi) i czekaliśmy na resztę ekipy. Należy pamiętać, aby rozbijać namioty w odpowiednim miejscu, czyli przy swojej firmie mularskiej. My myśleliśmy, że można tam, gdzie się chce i rozbiliśmy je w super osłoniętym miejscu. Podeszła do nas kobieta, która oznajmiła, że owszem możemy tutaj, ale jak przyjdą ludzie "do nich" to będziemy musieli przenieść się gdzieś indziej, ponadto nie będziemy mogli korzystać z ich toalety i wody. W tej sytuacji szukaliśmy naszego miejsca, które było 100m wyżej. Trzeba więc było przenieść namioty na "właściwe" miejsce. Okazało się, że rozbiliśmy się obok Ronca i Szuwara (pozostałych dwóch członków naszej ekipy). Później jedzonko - zupa z chlebem i suszonym mięsem, do tego kisiel i duża ilość herbaty. W namiocie mieliśmy dużo piasku, który nawiewany jest do środka przez wiatr. Wieczorem czułem się bardzo dobrze, nie bolała mnie głowa, można było myśleć o aklimatyzacji kolejnego dnia. Michał doszedł ok. 20:30, Janek ok. 21 i powiedział, że trzeba wyjść po Żabę. Poszli po niego Grzesiek i Szuwar i po ok. 40 min wrócili razem. W nocy nadal silnie wiało. Wiatr zaczynał wiać ok. 22 a kończył ok 6-7 rano.


1   2   3   4   5   6   7   8  

Relacje (dział główny)






Home  |  Relacje  |  Sponsorzy  |  Galeria  |  Plany  |  Kontakt  |         Forum
Copyright 2009 www.lagozny.pl   Łagożny Łukasz