Home
 |  Relacje
 |  Sponsorzy
 |  Galeria
 |  Plany
 |  Kontakt
 |         Forum
          
         
         
         
         
  
" Życie trzeba przeżyć, a nie przeczekać..."     
19.03.2009
      Około godziny 21 odebrałem Michała z sanockiego dworca PKS. Przyjechał z Rzeszowa, ma u mnie kimnąć i rano (ok. 3)
jedziemy do Zakopca spotkać się z resztą grupy. Cały wypad został dogadany przez Internet (poznaliśmy się również
w sieci na jednym z forów), Więc Michała widzę pierwszy raz w życiu. U mnie herbatka, bułeczki upieczone przez
kochaną żonę, (która "pozwala" mi na górskie wypady) i... rozmowy o górach. Idziemy spać ok. 23, a budziki nastawiamy
na 2.
20.03.2009
      O drugiej co prawda słyszę budzik, ale myślę w duchu "jeszcze 5 minut". I tak z pięciu minut zrobiło się 45:)
W pośpiechu wyskakuję z łóżka i... budzę Michała, który też się zdrzemnął. Łyk herbaty, gryz kanapki
(+ herbata do termosu) i do samochodu. Pada śnieg. Można użyć tutaj słowa upiększającego - jak bardzo pada ten
śnieg, ale na potrzeby serwisu napiszę, że pada BARDZO. A tak na marginesie to w Tatrach lawinowa czwórka
(czwarty stopień zagrożenia lawinowego w pięciostopniowej skali). Problemy na drodze pojawiają się już w okolicach
Gorlic, bo jak to zwykle bywa drogowcy zaspali. W radiu CB słychać już ich rozmowy, więc pracują tylko nie widać
żadnego efektu. Po uprzedniej konsultacji z innymi kierowcami, decydujemy się pojechać na skróty przez
Stary Sącz i Nowy Targ. Wybór okazuje się słuszny i już ok. 7:15 jesteśmy w Zakopanem. W związku z tym, że mamy
spotkać się o 8 u wylotu Doliny Małej Łąki zatrzymujemy się jeszcze na stacji benzynowej. Dzwonię do Piotra
(on z resztą mieli nocować w Zakopanem). Odbiera. Informuję go, że już jesteśmy w Zakopcu i spokojnie zdążymy
na 8 w umówione miejsce. I co słyszę??? ... hmm my dopiero wstajemy (farciarze mogli się wyspać), przyjedźcie do nas. Po
lekkim błądzeniu docieramy na miejsce. W sumie skład 5 osób, ale Tomek "niewyraźnie" wygląda - jak z reklamy
tabletek Pani G. Po krótkiej dyskusji przy śniadaniu zmiana planów. Nie idziemy przez Czerwone Wierchy, bo
jest za bardzo niebezpiecznie. A tak na marginesie to cały czas ktoś odbiera telefon i słychać: "tak, wiem,
że jest czwarty stopień...". Po ustaleniach idziemy na busa, żeby dostać się w okolice Kir. Zatrzymuje się
bus i tak dogadujemy się z kierowcą, że lądujemy w innym miejscu, skšd do szlaku mamy jeszcze godzinę na nogach.
Po rozgrzewającym spacerze jesteśmy w schronisku Ornak. Okazuje się, że skład ulega
zmianie - Tomek zostaje na noc w schronisku, bo źle się czuje i ma gorączkę. Umawiamy się z nim, że czekamy
następnego dni na niego do 8 rano. Idziemy na Iwaniacką Przełęcz gdzie będziemy nocować. Szlak bardzo słabo
przetarty, ale mijamy ludzi i w duchu myślimy, że nie jest najgorzej. Po minięciu ostatnich turystów, którzy
powiedzieli nam, że wracają, bo nie wiedzieli gdzie dalej iść zaczynają się małe kłopoty. Szlak w ogóle nie jest
przetarty. śnieg po kolana, uda, pas, a nawet szyję. Idziemy starym lawiniskiem, z którego staramy się wyjść,
ale nie jest to łatwe. Jest ciężko. Przebijamy się do lasu. Ale gdzie iść - szlaku ani śladu. Z pomocą przychodzi
GPS i kompas. Odnajdujemy szlak i po kilku godzinach jesteśmy na przełęczy gdzie odkopujemy miejsce na namioty.
Noc dość ciężka (czyli zimna). Po kilku pobudkach w nocy wstajemy rano.
Dalej pochmurno. Po śniadaniu i oczekiwaniu na Tomka ruszamy (dalej w czwórkę) do
Chochołowskiej. Szlaku nie widać, śniegu bardzo dużo, na odsłoniętych stokach wybieramy w miarę bezpieczne trasy.
Niebo zaczyna się przecierać i to zasadniczo poprawia morale - w końcu widać góry.
      Docieramy do schroniska na
Polanie Chochołowskiej. Jedzenie, chwila odpoczynku i plan - idziemy na Grzesia. Spotykamy tam dwie miłe dziewczyny
(Dorotę i Anię), które towarzyszą nam (albo to my im) w drodze na szczyt (szczyt górski;). W góry
przyjechały stopem (jak się później okaże Dorota pojedzie z nami na Elbrus). Podchodząc pod Grzesia mijamy
zniesmaczonych turystów, którzy marudzą: "Na górze samo mleko - nic nie widać". Rzeczywiście pogoda nie najlepsza,
ale w miarę zbliżania się do wierzchołka chmury opadają i przejrzystość coraz lepsza. Na Grzesiu wspaniała
widoczność. Widać nawet Babią Górę.
     
Humor doskonały, ale zaczyna wiać i robi się zimno. Po sesji fotograficznej
schodzimy do schroniska. Po prysznicu z ciepłą wodą czuję się jak młody bóg. Kolacja ze wspólnego
gara - jedliśmy coś kolorowego, bliżej nieokreślonego, ale smakowało (albo byliśmy bardzo głodni). Po jedzeniu kima,
a jutro w planie Trzydniowiański.
22.03.2009
      Wstajemy około szóstej. Po krótkiej rozmowie Michał i Łukasz stwierdzają, że oni wyjdą później i zrobią coś innego niż my.
Wychodzimy (Ja, Piotrek, Dorota i Ania), wybieramy się szlakiem Papieskim na Trzydniowiański Wierch. Jesteśmy
jedyni na szlaku.
Po chwili wyprzedzają nas narciarze. Myśleliśmy, że po ich śladach będzie się lepiej szło, ale
tak nie jest, dalej zapadamy się nawet po pas. Szczególnie ciężko idzie się przy choinkach, ponieważ śnieg zalegający
na nich powoduje, że pod nimi tworzą się "dziury z powietrzem". Po wpadnięciu w taką naprawdę ciężko wyjść. Z jednej
wychodziłem po choince.
     
Oddalam się od grupy i idę pierwszy. Chcę szybciej zejść do schroniska, bo Michał ma ostatni
autobus z Sanoka do Rzeszowa o 20. Idę za narciarzami. Nagle słychać ogromny trzask i grzmot. Serce
zatrzymało się na chwilę. Jedna myśl przychodzi w ułamku sekundy - LAWINA. W tej samej chwili zrzuciłem kije z
rąk i przyjąłem pozycję do jej odebrania. Po 2 czy 3 sekundach, - które trwały wieczność nic się nie dzieje.
Odwracam się i widzę przerażenie w oczach narciarza, który mówi: "to pode mną". Lawina tylko tąpnęła, widać jej
pęknięcie. Wiele się nie zastanawiając nogi za pas i w dół, jeszcze zdobędę ten szczyt. Trasę, którą szedłem pod
górę ok. 45 min, pokonuje w niecałe 5. Spotykam kompanów i mówię o zajściu. Podchodzi do nas inna grupa i mówi,
że słyszeli trzask. Zawracam ich i schodzimy razem, po drodze zawracamy innych. Narciarze również zawrócili. Po
nieopisanych wrażeniach jestem w schronisku. Zbieramy graty i ruszamy do samochodu - Tomek przyjedzie po nas
(będzie u wylotu doliny Chochołowskiej). Po dłuższej chwili jesteśmy w drodze do Sanoka. Nie zdążymy na autobus -
nie ma szans. Po kilku telefonach, dowiadujemy się, że jest ostatni autobus z Krosna do Rzeszowa o 20:05.
Wyjeżdżamy z Zakopanego ok. 17:15 i po lekkim korku na wylocie jesteśmy w Krośnie o 20. Michał zdążył, i ja również
spokojnie dojechałem do celu. W domu ciepła kąpiel i kolejne plany w głowie - Elbrus. Ciekawe, co na to żona...